Hollywood kocha musicale. Czy `Wicked` znowu podbije kina? gościem Yoli 2025-11-30



Embed from Getty Images

Czy istnieje gatunek filmowy, bez którego nie sposób wyobrazić sobie Hollywood? Ja oczywiście na pierwszym miejscu postawiłabym westerny, nie tylko dlatego ze jest to pierwszy w historii kina gatunek filmowy, ale również dlatego, że widoki rozległych prerii, skalistych gór i przepastnych kanionów stworzone są do oglądania przede wszystkim na wielkim ekranie. Drugie miejsce jednak według mnie powinny zająć musicale. A ze świeżych pozycji wymienić można choćby "Wicked", przeniesiony na ekran musical inspirowany "Czarnoksiężnikiem z Krainy Oz".

"Wicked": kolejny musical, który zapisze się w historii kina

Twórca oryginalnej wersji tego widowiska, Stephen Schwartz, postanowił przybliżyć widzom historię, która w książce została jedynie zasygnalizowana, a mianowicie pokazał młode lata dwóch przyjaciółek, które zasłynęły w Krainie Oz jako dwie potężne przeciwniczki: Dobra Czarownica z Północy i Zła Czarownica z Zachodu. W ubiegłym roku film "Wicked" odniósł spory sukces, obecnie zaś do kin wchodzi kontynuacja, z podtytułem "Na dobre". Oczywiście również wypełniona przebojowymi, wpadającymi w ucho piosenkami.

Ileż tu miejsca na inwencję, na nieskrępowaną grę wyobraźni, na spektakl, no i oczywiście na prawdziwy hollywoodzki rozmach! To jest to, co kiedyś nazywano "show": wielkie, olśniewające widowisko z tańcami na sto par wśród zapierających dech dekoracji.

Wiele musicali na zawsze zapisało się w historii kina i nawet po wielu, wielu latach od premiery wciąż budzą zainteresowanie widzów. "Hair", "Skrzypek na dachu", "Kabaret", "Grease", "West Side Story", "Cały ten zgiełk", "Narodziny gwiazdy", "Zabawna dziewczyna", "Blues Brothers", "Chicago", "Mamma Mia!", "La La Land" - to tylko pierwsze z brzegu przykłady.

Hollywood kocha musicale

Hollywood kocha musicale i nic w tym dziwnego! Twierdzę jednak z pełnym przekonaniem, że o prawdziwych narodzinach tego gatunku w amerykańskiej Fabryce Snów można mówić dopiero wtedy, gdy niemal od podstaw stworzył go Gene Kelly. Zanim rozbłysła jego gwiazda, filmowcy ograniczali się do - owszem, widowiskowego, ale pozbawionego inwencji - kopiowania choreografii rodem z Broadwayu. Kelly pokazał, że można inaczej. Można wyjść ze sztucznych dekoracji, tańczyć na ulicy, tańczyć solo i w tłumie, a nawet z towarzyszeniem animowanych postaci! No i oczywiście można także tańczyć w strugach deszczu, ponieważ nie sposób nie wspomnieć o rewelacyjnej, znanej chyba każdemu scenie z "Deszczowej piosenki".

Embed from Getty Images

Do dziś zresztą wśród widzów ciągną się bez końca spory, który musical z udziałem Gene’a Kelly’ego zasługuje na miano najlepszego: "Deszczowa piosenka" czy "Amerykanin w Paryżu"? Sam gwiazdor, gdy go o to zapytałam, przyznał palmę pierwszeństwa "Amerykaninowi...". "W tym filmie spisałem się bodaj najlepiej jako aktor, tancerz i reżyser" - powiedział. Było to cztery dekady temu podczas trzygodzinnej gali w prestiżowym Friar’s Club, gdy Gene Kelly odbierał nagrodę za całokształt twórczości. Tuż przed tą uroczystością odbyłam z nim krótką rozmowę i spytałam, czy tego wieczoru będzie można liczyć na jego taneczny występ. Zaprzeczył. Jestem pewna, że musiał dostrzec na mojej twarzy rozczarowanie, ponieważ natychmiast zapewnił: "Proszę nie myśleć, że jestem na to za stary. Po prostu ostatnio trochę mi się przytyło".

Łza się w oku kręci na wspomnienie tego wybitnego artysty, który jak mało kto przyczynił się do rozwoju filmowego musicalu. Niektóre jego pomysły do dziś mają rewolucyjny charakter, inne zaś z perspektywy czasu wydają się takie proste, wręcz oczywiste - tylko że nikt oprócz Kelly’ego nie umiał na nie wpaść. O jednym z takich "banalnych" konceptów opowiedział mi Ryan Gosling, który dowiedział się o nim w niezwykły sposób.

Otóż swego czasu miał okazję poznać wdowę po Kellym. "To urocza kobieta, pokazała mi wiele pamiątek po mężu. Okazuje się, że trzymał w domu oprawione w skórę scenariusze filmów, w których zagrał. Oczywiście natychmiast zdjąłem z półki 'Deszczową piosenkę' i otworzyłem na tytułowej scenie. I nie uwierzysz: na marginesie znajdował się odręczny dopisek Kelly'ego: 'Po skończeniu piosenki oddać parasol przechodniowi'. Coś niewiarygodnego! Klasyczny film, ikoniczny moment, wspaniała pointa rewelacyjnej sekwencji muzycznej, a wszystko zaczęło się od paru słów nabazgranych na kartce" - perorował pełen ekscytacji. Doskonale go rozumiałam. Jeśli ten dopisek nie był przebłyskiem geniuszu, to nie wiem, jak inaczej go nazwać. A nawiasem mówiąc, Ryan również przyznał, że mimo całej sympatii do "Deszczowej piosenki" wyżej ceni "Amerykanina w Paryżu".

Dzisiaj takich filmów już nie robią

Dzisiaj takich filmów już nie robią - chciałoby się westchnąć. Ale to nieprawda, robią. Musicale nadal powstają w Hollywood, a śpiewających i tańczących aktorów nie brakuje. Chociaż, o dziwo, niektórzy wydają się nie wierzyć w swój talent. Pamiętam doskonale, jak wiele lat temu na bankiecie towarzyszącym premierze filmu "Pocztówki znad krawędzi" rozmawiałam z odtwórczynią głównej roli. Wyznała wówczas, niemalże walcząc z nieśmiałością, iż dzięki tej produkcji udało jej się spełnić długo skrywane pragnienie: "Zawsze chciałam zaśpiewać na ekranie. Jak dotąd jednak nie miałam odwagi, chociaż od dziecka o tym marzyłam. W 'Pocztówkach...' śpiewam i gram na gitarze". Ta aktorka nazywała się Meryl Streep...

Przypomniałam sobie tę rozmowę, kiedy Meryl zdążyła już kilkakrotnie zademonstrować, że ma znakomity głos, m.in. w obu częściach "Mamma Mia!", "Tajemnicach lasu" czy "Nigdy nie jest za późno". Mimo to do dziś nie pozbyła się skromności, a kto wie, być może nawet lekkiego zawstydzenia, że ośmiela się śpiewać przed kamerą. Gdy zagrała w filmie biograficznym "Florence" - a przypomnę, że tytułowa bohaterka, Florence Foster Jenkins, w powszechnej opinii uchodziła za najgorszą śpiewaczkę operową świata - powiedziała mi: "Nareszcie rola, do której jestem stworzona!".

Na szczęście nie brakuje osób, które uważają, iż Meryl Streep jest dla siebie zbyt surowa. I co najważniejsze, słyszałam takie opinie szczególnie z ust aktorek, które razem z nią występowały w filmach muzycznych. Lily James, która zagrała młodsze wcielenie Meryl w drugiej części "Mamma Mia!", opowiadała mi, że pracę nad tym filmem wspomina jako jedno wielkie szaleństwo. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej bawiła się na urodzinach swojej mamy, tańcząc na stole (!) i śpiewając na cały głos piosenkę zespołu ABBA "The Winner Takes It All" z wielkim nożem do tortu udającym mikrofon. Po czym nagle - szast, prast! - otrzymała angaż w "Mamma Mia!" i znalazła się w studiu nagrań razem z muzykami z legendarnej szwedzkiej grupy. I niech ktoś powie, że kino to nie jest magia...

Nieco inaczej potoczyły się losy Emily Blunt, która razem z Meryl wystąpiła w filmowej adaptacji musicalu "Tajemnice lasu". O ile Lily nie miała oporów, by na imprezie u mamy urządzić wokalny popis, o tyle Emily przez długi czas głęboko skrywała swój wokalny talent. Po prostu brakowało jej odwagi! Do tego stopnia, że - jak mnie zapewniła - nawet jej mąż, aktor John Krasinski, nie miał pojęcia, że ona w ogóle potrafi śpiewać. "Kiedy obejrzał film, bardzo się zdziwił. Ale podobało mu się. Z wrażenia dosłownie miał łzy w oczach!" - pochwaliła się z dumą artystka.

"Tajemnice lasu" to ekranizacja broadwayowskiego musicalu autorstwa Stephena Sondheima, nie bez racji uważanego za jednego z najwybitniejszych, jeśli w ogóle nie najwybitniejszego twórcę muzycznych widowisk. "O Szekspirze mówi się, że był nie tyle najlepszym pisarzem swojej epoki, co najlepszym pisarzem wszech czasów. Ja mógłbym powiedzieć to samo o Stephenie" - zwierzył mi się kiedyś Steven Spielberg. Podzielam jego opinię. Mało kto wniósł równie wielki wkład w historię amerykańskiego musicalu, co Sondheim. To spod jego ręki wyszły tak znakomite tytuły, jak "Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street" (który doczekał się filmowej adaptacji nagrodzonej Złotym Globem), "Zabawna historia, która wydarzyła się w drodze na Forum" (tu również powstał film; dodajmy, że po raz ostatni pokazał się wtedy na ekranie Buster Keaton), a także "West Side Story", przez niektórych uznawany za musical wszech czasów.

Cytowany przeze mnie Steven Spielberg przyznał wręcz, że miał na jego punkcie obsesję: "Miałem dziesięć czy jedenaście lat, gdy w naszym domu pojawiła się płyta z muzyką z 'West Side Story'. Nie pamiętam już, czy była to ścieżka dźwiękowa z filmu, czy wcześniejsza wersja z Broadwayu. Wiem tylko, że nauczyłem się na pamięć wszystkich piosenek i śpiewałem je codziennie przy kolacji, przez co cierpliwość mojej rodziny została wystawiona na wielką próbę". 

Wiele dziesięcioleci później, już jako opromieniony sławą filmowiec, Spielberg przeniósł na ekran opowieść o dwóch zwaśnionych gangach z Nowego Jorku. Wydawało się to szaleństwem, istnieje bowiem kultowa, znana na całym świecie adaptacja z 1961 roku, która zdobyła aż jedenaście Oscarów (!) i trzy Złote Globy. Mimo to reżyser dopiął swego! Gdy pokazał gotowy film Sondheimowi, ten powiedział, że nowa ekranizacja podoba mu się bardziej od poprzedniej. Niestety, twórca musicalu nie doczekał uroczystej premiery. Zmarł trzy dni przed wejściem "West Side Story" na ekrany.

Producenci stracili wiarę w musicale?

Niestety, nie każdy decydent w Hollywood odznacza się artystyczną odwagą i żyłką ryzykanta na miarę Stevena Spielberga. Swego czasu John Travolta - niezapomniany Danny Zuko z "Grease" i Tony Manero z "Gorączki sobotniej nocy" - wyznał mi, nie kryjąc rozgoryczenia, że jego zdaniem producenci stracili wiarę w musicale. "Stacje telewizyjne pokroju MTV czy VH1 odebrały filmom muzycznym sporo energii. Hollywood przestał doceniać potencjał, jaki się w nich kryje. Moim zdaniem zupełnie niepotrzebnie. Nawet w dzisiejszych czasach da się nakręcić dobry, kasowy musical, trzeba tylko wiedzieć, jak się do tego zabrać".

Nawet jeśli przyjmiemy, że w pesymistycznych słowach Johna Travolty kryje się prawda i wielkie wytwórnie boją się obecnie inwestować w niepewny gatunek filmowy, to nie zapominajmy o jednym: producenci nie są nieomylni. Popełniają błędy jak każdy z nas. Dowodów nie muszę daleko szukać. Gdy Gene Kelly, o którym już tu wspominałam, otrzymał angaż w Hollywood, zaprosił go na rozmowę David O. Selznick, szef studia Selznick International Pictures, który po sukcesie "Przeminęło z wiatrem" miał wówczas w Hollywood władzę niemal absolutną. I powiedział: "Widzę w panu materiał na dobrego aktora, ale o tańcu niech pan zapomni. To jest dobre jako zabawa lub hobby, ale kariery pan na tym nie zbuduje". Nie trzeba chyba wyjaśniać, kto miał rację...

Wielki sukces "Wicked" (który - mam nadzieję - powtórzy również druga część) świadczy o tym, że jest jeszcze o wiele za wcześnie, by stawiać krzyżyk na musicalach. Ten gatunek nadal ma przyszłość i może nas jeszcze niejednym zaskoczyć. Cytowany już przeze mnie Ryan Gosling znakomicie uchwycił istotę tego rodzaju produkcji: "Fascynuje mnie to, że możliwe jest w nich absolutnie wszystko. Skoro przyjmujemy założenie, że bohaterowie w najdziwniejszych sytuacjach zaczynają śpiewać i tańczyć, to wszelkie reguły prawdopodobieństwa od razu wylatują przez okno. I nikogo to nie dziwi!".

A skoro nadarza się okazja, by wciągnąć widzów w tę cudowną, nieskrępowaną grę wyobraźni, to czyż istnieje do tego celu lepsze medium niż kino?



[Yola Czaderska-Hayek]