Współczesny geniusz! Tego o gwiazdorze nie wie prawie nikt gościem Yoli 2025-09-29



Czasami zastanawiam się, ile już gwiazd Hollywood zdarzyło mi się poznać osobiście. Dziesiątki? Nie, to zdecydowanie za mało. Nie znam dokładnej liczby, ale mogę się założyć, że idzie ona co najmniej w setki...

Co tak naprawdę wiemy o gwiazdach kina?

Z niektórymi stykałam się głównie na niwie zawodowej, podczas wywiadów i konferencji prasowych, z innymi udało mi się zawrzeć o wiele bliższą znajomość, dalece wykraczającą poza profesjonalne uprzejmości. Dostawałam komplementy od Quentina Tarantino, który chciał mnie obsadzić w jednym ze swoich filmów, zaśmiewałam się razem z Walterem Matthau z telefonicznego kawału, jaki zrobił przyjacielowi, mogłam też uszczypnąć Clinta Eastwooda. 

Wielu aktorów z tak zwanego starego Hollywood zauroczyło mnie bez reszty - mogę to powiedzieć z absolutną pewnością i bez cienia przesady. Choćby James Stewart, przystojny i szarmancki mężczyzna, który w jednakowym stopniu wzbudzał sympatię i szacunek, choć zawsze prosił, by zwracać się do niego zdrobniałym imieniem "Jimmy". Podobnie jak Charlton Heston, którego kojarzyłam z ról pełnych majestatu, a który zwrócił się do mnie już przy pierwszym powitaniu: "Proszę mi mówić: Chuck", czym od razu mnie ujął. Z kolei przewspaniały Gregory Peck - aż się nie chce wierzyć, bo to brzmi jak cudowny sen - porwał mnie do tańca na balu wydanym na cześć Elizabeth Taylor!

A mimo to przyłapuję się na tym, że gdyby ktoś wymienił nazwisko którejś ze znanych mi gwiazd i zapytał z czystej ciekawości: "Jaka ona jest?" lub "Jaki on jest?", to w pierwszej chwili nie wiedziałabym, co odpowiedzieć. Inaczej bowiem człowiek zachowuje się podczas oficjalnej sytuacji, na przykład na planie filmowym lub podczas wywiadu, inaczej podczas wystawnego bankietu, kiedy ma już trochę w czubie (znam i takich, niestety, którzy miewają znacznie więcej niż "trochę"), a jeszcze inaczej w trakcie niezobowiązującej przejażdżki samochodem.

Poza tym z aktorami jest ten kłopot, że oni na dobrą sprawę żyją z udawania kogoś, kim nie są. I czasami ta skłonność przenosi się także poza ich życie zawodowe. Kiedyś opowiadał mi o tym Daniel Day-Lewis, komentując plotki, jakoby na planie filmu Stevena Spielberga "Lincoln" nawet na moment nie wychodził z roli prezydenta Stanów Zjednoczonych: "Z reguły staram się jak najdłużej podtrzymywać iluzję, że siedzę w cudzej skórze. Oczywiście wiem, że to tylko złudzenie. Nie jestem Abrahamem Lincolnem. Ale na czas zdjęć postanawiam kierować się wiarą, że jednak nim jestem. Ma to wiele wspólnego z dziecięcą zabawą w udawanie. Sprawia mi ono przyjemność, może stąd moja skłonność do jak najdłuższego siedzenia w roli. Nikt nie lubi, jak mu się przerywa frajdę".

Embed from Getty Images

Jak to więc jest z tymi gwiazdami? Można je naprawdę poznać czy też pozostają dla świata niezgłębioną tajemnicą? Wydaje mi się, że to zależy od konkretnej osoby. Niektórzy istotnie unikają zwierzeń, a podczas rozmów poruszają tylko tematy zawodowe. Są jednak i tacy, o których mogę powiedzieć to i owo z pełnym przekonaniem. Do tej drugiej kategorii należy choćby Leonardo DiCaprio, o którym wspominam nie bez przyczyny, niedługo bowiem zobaczymy go na wielkim ekranie w nowym filmie Paula Thomasa Andersona "Jedna bitwa po drugiej".

Leonardo DiCaprio: Mól książkowy

Cóż takiego można powiedzieć z niezachwianą pewnością o tym przystojnym pięćdziesięciolatku, który wygląda jakby miał o połowę mniej lat? Że na planie skłonny jest do największych poświęceń? Jasne, to żadna tajemnica. Podczas kręcenia "Django" Leonardo przypadkowo rozbił dłonią kieliszek. Zamiast przerwać scenę i zawołać lekarza, wygłaszał dalej swoją kwestię jakby nigdy nic, a gdy wyłączono kamery, dostał oklaski od całej ekipy. Może zatem pośmiejemy się z jego skłonności do randkowania z młodziutkimi dziewczynami, z którymi rozstaje się, gdy osiągną magiczny wiek dwudziestu pięciu lat? Szkoda zachodu, zrobił to już dawno temu niezrównany Ricky Gervais jako gospodarz gali Złotych Globów: "Film 'Pewnego razu... w Hollywood' trwa prawie trzy godziny. Na premierze obecny był Leonardo DiCaprio. Kiedy seans dobiegł końca, dziewczyna, z którą przyszedł, była już dla niego za stara".

O tym wszystkim wiadomo nie od dziś. Ja jednak chciałabym opowiedzieć o czymś, co nie dla wszystkich jest oczywiste. Leo, którego cały świat zna jako charyzmatycznego i szalenie popularnego aktora, to w rzeczywistości... mól książkowy. Naprawdę! Mowa o człowieku, który nie wyobraża sobie życia bez czytania. Pochłania dosłownie wszystko, gromadzi informacje na każdy temat. Zanim zagrał w "Zjawie", który to film przyniósł mu upragnionego Oscara, udało mu się przeszukać księgarnie i dotrzeć do wspomnień jednego z myśliwych, którzy polowali na zwierzęta w Górach Skalistych. Podczas kręcenia "Wielkiego Gatsby'ego" znał oczywiście całą książkę na pamięć. Na wiele lat przed "Aviatorem" przestudiował gruntownie biografię Howarda Hughesa, nie wiedząc wówczas nawet, że kiedyś się w niego wcieli. 

Gdy wraz z Samem Mendesem wszedł na plan "Drogi do szczęścia", zorientował się, że przed zdjęciami nie zdążył przeczytać powieści, na której oparty był film! Natychmiast naprawił błąd. "Muszę przyznać, że zwaliła mnie z nóg" - powiedział mi. - "Uważam tę książkę za arcydzieło i z całego serca polecam ją każdemu. Jeśli jeszcze jej nie znacie, to czym prędzej idźcie do najbliższej biblioteki albo księgarni!". Nieczęsto można usłyszeć takie słowa z ust aktora, w tej profesji bowiem lektury w znakomitej większości ograniczają się do scenariuszy.

Mało? Wrócę zatem na momencik do filmu "Django" i zacytuję, co usłyszałam od Quentina Tarantino: "Leonardo ma całą bibliotekę na temat frenologii! Podczas zdjęć podsunął mi jedną z książek. Słyszałem już o tej dyscyplinie wcześniej, ale dopiero Leo uświadomił mi, jak wielką rolę w tamtych czasach odgrywała pseudonauka, za pomocą której próbowano uzasadnić, dlaczego jedni ludzie są gorsi od innych". 

Nie tylko twórca "Pulp Fiction" był pod wrażeniem erudycji aktora. Podobne peany miałam okazję słyszeć z ust Ridleya Scotta, z którym Leo nakręcił film "W sieci kłamstw": "Leonardo jest piekielnie inteligentnym człowiekiem. Kiedy ma do czynienia z jakimś zagadnieniem, stara się przeczytać absolutnie wszystkie książki, jakie powstały na ten temat. Na planie okazywało się czasami, że na temat sytuacji w Iraku czy Jordanii wie więcej ode mnie. I strasznie mnie to wkurzało" - w tym miejscu reżyser roześmiał się serdecznie, więc domyśliłam się, że tak naprawdę był jak najdalszy od irytacji. Przeczucie mnie nie myliło, ponieważ chwilę później stwierdził z ogromnym uznaniem, że nie ma pojęcia, jakim cudem Leo tak błyskawicznie przyswaja wiedzę. Aby móc wypowiedzieć na ekranie kilka zdań po arabsku, nauczył się poprawnej wymowy. "Myślałem, że będzie mu potrzebne długie szkolenie, a tymczasem raz, dwa - chwycił wszystko z marszu" - przyznał Scott.

Chciałabym jeszcze na chwilę oddać głos Christopherowi Nolanowi, twórcy "Incepcji". On z kolei nie mógł się nachwalić aktora za wnikliwą lekturę... scenariusza: "Leonardo bardzo uważnie analizuje tekst, linijka po linijce. Potrafi bezbłędnie wychwycić wszystkie błędy, wszystkie fałszywe nuty. Dla mnie jako reżysera jego wkład stanowił nieocenioną pomoc. Ale dla mnie jako scenarzysty było to bardzo trudne zadanie. Wiedziałem, że nie mogę liczyć na taryfę ulgową z jego strony".

Mam nadzieję, że teraz jest już jasne, dlaczego z takim niezłomnym przekonaniem stawiam tezę, iż Leonardo DiCaprio jest molem książkowym. Są na to, jak widać, rozliczne dowody i zeznania świadków. Przyznaję, że sama się zastanawiam, kiedy on znajduje czas na czytanie tylu uczonych książek (i jak to wszystko zapamiętuje!). Leo, gdy go o to zapytać, ma na podorędziu gotową odpowiedź: "Zawsze uważałem, że lenistwo to pierwszy krok na drodze do piekła". Nic więc dziwnego, że konsekwentnie od lat poświęca się sztuce doskonalenia umysłu. Anegdota głosi, że dostał imię na cześć Leonarda da Vinci i jeśli o mnie chodzi, okazał się godnym imiennikiem włoskiego geniusza.

Embed from Getty Images

Wieczny Jack z "Titanica"? To było dawno i nieprawda

Przy tylu wyrazach uznania, które tu przytoczyłam, wydaje się niepojęte, iż wciąż jeszcze niektórzy widzą w aktorze wyłącznie pięknolicego chłopca z "Titanica" Jamesa Camerona. Tyle razy już udowodnił, że uroda amanta wcale nie jest jego największym atutem! W filmie "J. Edgar" ukrywał się pod skomplikowaną charakteryzacją, grając leciwego szefa FBI, w "Zjawie" słaniał się przed kamerą jako zarośnięty, brudny, ledwo żywy traper, w "Nie patrz w górę", grając naukowca, nosił szpetne okulary i kompletnie nietwarzową bródkę. 

Grywał też postacie, o których trudno byłoby powiedzieć, że wzbudzają ciepłe uczucia: odrażającego oszusta finansowego w "Wilku z Wall Street", rasistowskiego mordercę w "Czasie krwawego księżyca" czy we wspomnianym już "Django" bezwzględnego właściciela plantacji. Także w nadchodzącej produkcji, "Jedna bitwa po drugiej", zobaczymy go w roli trudnej do jednoznacznego określenia: poobijanego przez życie, wyniszczonego narkotykami paranoika, który sam nie do końca wie, na jakim świecie żyje. Kreacja Leonarda może być zaliczona do jego najlepszych ról. Jak można zatem tak wszechstronnego aktora szufladkować wyłącznie na podstawie jednej, w dodatku liczącej już kilka dekad produkcji?

Na szczęście sam Leonardo sprawia wrażenie, że w ogóle nie przeszkadza mu kojarzenie go z "Titanikiem". "To część mojego życia, nie mógłbym się go wyprzeć" - powiedział mi kiedyś, gdy spotkaliśmy się w Los Angeles. - "Dał mi gigantyczną popularność, a co za tym idzie, także okazję do publicznego wygłaszania swoich poglądów na różne sprawy. Biorę udział w kampanii na rzecz ochrony środowiska, działam też w programie pomocy dzieciom chorym na raka... Większa jest szansa, że ludzie zwrócą uwagę na te ważne zjawiska, jeżeli w związku z nimi pojawi się nazwisko jakiegoś sławnego aktora. Dlatego uważam, że 'Titanic' przyniósł sporo pożytku. No a tak przy okazji nadal uważam, że to całkiem niezły film".

Trudno się nie zgodzić z tą opinią, ja jednak przyznam, że najbardziej lubię te role Leonarda, które wymagały od niego oczytania - tego właśnie, o którym wspominali zachwyceni aktorem reżyserzy. Co zaś do jego najnowszego filmu... ach, właśnie! Prawie o tym zapomniałam! Chodzą słuchy, iż "Jedna bitwa po drugiej" inspirowana jest kultową powieścią Thomasa Pynchona "Vineland". Przy najbliższej okazji muszę koniecznie zapytać Leo, czy już ją przeczytał. Choć i bez tego wydaje mi się, że znam odpowiedź.



[Yola Czaderska-Hayek]