Kultowa seria powraca po latach. W roli głównej uwielbiany aktor gościem Yoli 2025-08-13



Być aktorem to przede wszystkim lubić ryzyko. W tej profesji trudno o stabilną karierę, bo nawet po serii udanych ról każdemu może powinąć się noga. Wiele gwiazd Hollywood przestrzegało mnie, że to nie jest zawód dla osób, które cenią spokojne życie bez wstrząsów i fajerwerków. "Nigdy się nie wie, czy kolejna rola będzie sukcesem, czy klapą" - powiedział mi kiedyś Denzel Washington, który oprócz doświadczenia filmowego ma też na koncie występy w teatrze, gdzie reakcję publiczności widać od razu, na gorąco. Są jednak artyści, którzy uwielbiają właśnie ten element niepewności, można nawet powiedzieć - hazardu. Są niczym gracze, którzy dokonując wyboru scenariusza, obstawiają dużą sumę w kasynie i mają nadzieję na wygraną. Podam przykład: "W tej pracy najbardziej lubię właśnie to, że nigdy nie wiem, co przyniesie jutro. Dzięki temu nie pogrążam się w rutynie, cały czas staram się być w szczytowej formie. Wydaje mi się, że bez tej szarpaniny, bez tych nerwów człowiek robi się apatyczny, przewidywalny, bez wyrazu. Jakby pogrążał się w letargu".

Powiedział to Liam Neeson. Człowiek, który dał filmową twarz Oskarowi Schindlerowi. Który wcielił się również w inne historyczne postacie: Michaela Collinsa, Alfreda Kinseya, Rob Roya MacGregora. Który z jednakową łatwością zagrał szlachetnego rycerza Jedi w "Gwiezdnych wojnach" i komiksowego łajdaka w "Batmanie". Który wzruszał do łez rolą owdowiałego ojczyma w "To właśnie miłość" i ekscytował jako bohater kina akcji w trylogii "Uprowadzona". A już niedługo objawi całemu światu talent komediowy w nowej części "Nagiej broni".

Nowa "Nagra broń": Liam Neeson synem Leslie Nielsena. Dziwny pomysł?

Już sobie wyobrażam te reakcje: "A po co to komu? Tylko Leslie Nielsen mógł grać główną rolę w tym cyklu i żaden inny aktor nie ma prawa go zastępować!". I w zasadzie się z tą opinią zgadzam. Co więcej, zgadzają się z nią także twórcy filmu. "Naga broń" numer cztery nie jest bowiem restartem całego cyklu, tylko bardzo odległą, nakręconą po ponad trzech dekadach kontynuacją. A Liam Neeson wcale nie gra bohatera trylogii, czyli Franka Drebina, policjanta o bardzo małym rozumku. On gra jego syna, czyli, technicznie rzecz ujmując, zupełnie inną postać.

Embed from Getty Images

Akiva Schaffer, reżyser czwartej części, podkreślił nawet, że aktor nie starał się naśladować wielkiego poprzednika, ale stworzył własny styl. I co może najbardziej zaskoczyć tych, którzy znają Liama z dramatycznych ról, z wielką ochotą odgrywał wszystkie zwariowane sceny, w których scenariusz zmuszał go do największych wygłupów. "Sam nawet chciał dopisywać do scenariusza dowcipy z puszczaniem bąków. Musiałem go hamować: Liam, puszczanie bąków było trzy sceny temu, za wcześnie na to". Neeson z kolei przyznał, że udział w "Nagiej broni" kosztował go sporo nerwów: "Po każdym dniu zdjęciowym szedłem do reżysera i pytałem: No i co? Jak było? Bo po prostu nie wiedziałem".

Rzeczywiście, eksperyment z obsadzeniem Liama Neesona w roli Franka Drebina Juniora mógł wydawać się... nieco dziwny. Przecież irlandzki aktor nawet fizycznie w niczym nie przypomina nieodżałowanego Leslie Nielsena. Przede wszystkim jest od niego sporo wyższy. A proszę mi wierzyć, miałam okazję przekonać się o tym. Stojąc obok tego liczącego 193 cm wzrostu dryblasa miałam wrażenie, że mogłabym schować się u niego pod pachą. Mimo to - aż trudno uwierzyć! - przez wiele lat Lesliego i Liama nieustannie mylono. Może to kwestia podobnych nazwisk, identycznych inicjałów... Niektórzy nawet posunęli się do tego, że po śmierci Nielsena w 2010 roku wypisywali nekrologi i epitafia poświęcone Neesonowi. Czy można więc dziwić się twórcom czwartej części, że wybrali takiego, a nie innego następcę odtwórcy głównej roli? Ten obsadowy żart ma jeszcze dodatkowy poziom: Leslie po raz pierwszy wcielił się we Franka Drebina, mając 56 lat (było to jeszcze w serialu "Polica Squad!"), a pożegnał się z tą postacią w wieku lat 68. Tymczasem Liam, który ma grać jego syna, ma obecnie 73 lata. Czyli poznajemy Franka juniora w wersji starszej niż Frank senior! Takie rzeczy są możliwe tylko w "Nagiej broni".

Poprzeczka zawieszona jest naprawdę wysoko

Oczywiście wiadomo, że w tym przypadku poprzeczka zawieszona jest naprawdę wysoko. Ale tak to już bywa z nowymi wersjami hitów sprzed lat. Zwłaszcza z takimi, w których główna rola zrosła się w świadomości widzów z osobą konkretnego aktora. Nawet najlepsi, najwybitniejsi, najbardziej uwielbiani przez publiczność gwiazdorzy mogą się na takich pomysłach boleśnie sparzyć.

Ileż było szumu, gdy w 2006 roku Steve Martin wcielił się w niezgułowatego inspektora Clouseau w "Różowej Panterze"! W odczuciu wielbicieli tego cyklu jedynym prawdziwym Clouseau mógł być tylko Peter Sellers. Tak samo Bruce Willis nie dorównał Charlesowi Bronsonowi jako bohater remake’u "Życzenia śmierci". Ba, nawet Tom Cruise, dla którego ponoć nie ma misji niemożliwych, zaliczył porażkę, próbując uwspółcześnić filmowy cykl "Mumia", w którym Brendan Fraser i Rachel Weisz godnie podążali śladami Indiany Jonesa. Nawiasem mówiąc, ta wersja "Mumii", którą znamy najlepiej, też stanowi odświeżenie istniejącego tytułu. Oryginał powstał - uwaga! - w 1932 roku.

Kręcenie remake’ów nie jest w Hollywood niczym dziwnym. Ale jeżeli powstaje remake remake’u, to już warto się takiemu dziwowisku bliżej przyjrzeć. Niecałą dekadę temu Antoine Fuqua postanowił zmierzyć się z legendą "Siedmiu wspaniałych". Jako miłośniczka opowieści z Dzikiego Zachodu (czy muszę o tym przypominać?) próbowałam zrozumieć sens takiego posunięcia. Przecież nieśmiertelny film Johna Sturgesa nie zestarzał się ani trochę, choć wszedł na ekrany kin w 1960 roku! Wzięłam więc na spytki Denzela Washingtona, czyli jednego z tytułowej siódemki. Oczywiście starałam się unikać słowa "remake", ponieważ wiem z osobistego doświadczenia, że aktor wyjątkowo tego nie lubi. Zawsze powtarza, że nie gra w żadnych remake’ach czy sequelach - on gra po prostu w filmach. Ku mojemu zdziwieniu wydawał się wolny od sentymentu do starej wersji, zaraz jednak wszystko się wyjaśniło. Denzel po prostu w dzieciństwie nie oglądał westernów! Zabraniał mu tego ojciec, surowy pastor zielonoświątkowców. Być może dlatego, gdy artysta mógł wreszcie zagrać w kowbojskim filmie, nie wahał się. Jak sam to ujął w rozmowie ze mną: "Przeczytałem scenariusz i spodobał mi się. A do tego nadarzyła się okazja, żeby pojeździć konno i powywijać koltami. Więc pomyślałem sobie: wygląda dobrze, wchodzę w to. I nie żałuję!".

Znając Denzela, jestem pewna, że na planie bawił się pysznie. Nie jestem tylko pewna, czy widzowie w kinach również... Moim zdaniem żaden remake nie jest w stanie dorównać produkcji Johna Sturgesa. Zwłaszcza z taką obsadą! Yul Brynner, Steve McQueen, James Coburn, Robert Vaughn, młodziutki jeszcze bardzo Horst Buchholz, no i oczywiście Eli Wallach jako herszt łotrów Calvera - tak wstrętny i niegodziwy, że tylko go łyżkami jeść. 

Dla mnie "Siedmiu wspaniałych" to absolutny klasyk i filmowa doskonałość w stanie czystym. A przecież tak naprawdę... to również remake! Sturges wzorował się na wcześniejszej o sześć lat opowieści "Siedmiu samurajów" Akiry Kurosawy. Włożył jednak w ten western tyle kreatywności i talentu, że "Wspaniali" zaczęli żyć własnym życiem, zupełnie niezależnie od japońskiego pierwowzoru (a żeby już zakończyć ten wątek dodam, że amerykański reżyser do końca życia za swój największy powód do dumy uważał pochwałę z ust samego Kurosawy, któremu bardzo podobała się kowbojska wersja).

Dobry remake? Gdy człowiek go ogląda, zapomina o pierwowzorze

Po tym chyba można poznać naprawdę dobry remake: gdy człowiek go ogląda, to zapomina, że istniał pierwowzór. Jeżeli przyjrzymy się hollywoodzkim przebojom, to odkryjemy, że zaskakująco wiele z nich to tak naprawdę nowe, ulepszone wersje istniejących już produkcji. Czasem nawet pod obydwoma wariantami podpisują się ci sami reżyserzy! Przykłady? Proszę bardzo! Alfred Hitchcock i "Człowiek, który wiedział za dużo". Cecil B. DeMille i "Dziesięcioro przykazań". A także Michael Mann i "Gorączka".

W tym miejscu niektórzy mogą się zdziwić: jak to, "Gorączka" to remake? Owszem, Mann nakręcił w 1989 roku telewizyjny film "Wydarzyło się w Los Angeles". Była to produkcja z potencjałem, ale dość przeciętnej jakości. Wystarczyło jednak sześć lat później zmienić obsadę, zaangażować Roberta De Niro, Ala Pacino, Vala Kilmera... i proszę bardzo, jaka różnica!

Embed from Getty Images

Nawiasem mówiąc, wyjątkowo bawi mnie, gdy Pacino snuje wspomnienia z planu "Gorączki", wykazując się ogromnym dystansem do siebie: "Pamiętam, była trzecia w nocy. Musiałem gonić Bobby’ego De Niro. Nie zrobiłem rozgrzewki, po czym bach! - poszło mi ścięgno. Pomyślałem sobie wtedy: Czuję się jak stare próchno. Po czym dotarło do mnie: Zaraz, ja już jestem stare próchno". A dodam tylko, że miał wtedy zaledwie 55 lat! "Doszedłem do wniosku, że powinienem poćwiczyć, żeby utrzymać się w formie. Ale ja tego wyjątkowo nie lubię! Za każdym razem, gdy przychodzi mi do głowy taka myśl, to kładę się i czekam, aż mi przejdzie".

Kiedyś zaskoczył mnie odpowiedzią na pytanie, który ze swoich filmów uważa za swój największy hit. Byłam gotowa postawić wszystkie pieniądze na "Ojca chrzestnego", jeśli nie na pierwszego, to na drugiego. Ale jednak wskazał inny tytuł: "Człowiek z blizną". A jest to, można wierzyć lub nie, również remake. Pierwowzór wyszedł w 1932 roku spod ręki - uwaga! - Howarda Hawksa, wybitnego twórcy, który dał światu "Rio Bravo" i "Mężczyźni wolą blondynki". A mimo to w pamięci widzów zapisała się wersja Briana De Palmy, pełna krwi, przemocy i używek. Pamiętam plotki, jakoby podczas zdjęć Al Pacino naprawdę coś brał! Wiele razy im już zaprzeczano, w rzeczywistości miało być to podobno mleko w proszku. Te legendy są żywe do dziś.

Przykłady nowych wersji, które przyćmiły swoje pierwowzory

Jakby dla przeciwwagi, filmem zupełnie wolnym od mrocznych pogłosek i kontrowersji jest komedia łotrzykowska "Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra" w reżyserii Stevena Soderbergha. Wielki przebój, który doczekał się dwóch kontynuacji, a w sumie to nawet trzech, jeśli wliczymy "kobiecą" wersję z udziałem Sandry Bullock. George Clooney, którego "Jedenastka Oceana" (bo tak należy tłumaczyć oryginalny tytuł) wywindowała do grona największych gwiazd Hollywoodu, wspominał z rozrzewnieniem realizację tego filmu: "Mieliśmy najlepsze warunki, jakie można sobie wyobrazić. Mieszkaliśmy w Las Vegas, przychodziliśmy do pracy na pierwszą po południu, kończyliśmy o szóstej. Lepiej po prostu się nie da! Tylko biedny Steven przechodził prawdziwe piekło, bo musiał przez całą noc montować nakręcony materiał".

Dziś, gdy słyszymy tytuł "Ryzykowna gra", od razu mamy przed oczami przystojnego George’a, prawda? No, ewentualnie jeszcze Brada Pitta, Matta Damona czy Julię Roberts. A przecież był taki czas, gdy filmowy Danny Ocean miał twarz Franka Sinatry, a na ekranie towarzyszyli mu Dean Martin, Sammy Davis Jr i Angie Dickinson! Czy ktoś to jeszcze pamięta? Zmierzyć się z legendą tylu gwiazd tworzących słynną grupę "Rat Pack" i wygrać - to naprawdę nie każdy potrafi!

Przykłady nowych wersji, które przyćmiły swoje pierwowzory, można by jeszcze mnożyć, ja jednak chcę już powoli zmierzać do finału. Ograniczę się więc do jednego tylko, ostatniego tytułu. "Okup" z Melem Gibsonem w roli zdesperowanego ojca, który zamiast przekazać pieniądze porywaczom dziecka, wyznacza nagrodę za ich złapanie. Warto przypomnieć sobie tę produkcję, choćby tylko ze względu na znakomite zdjęcia Piotra Sobocińskiego. To oczywiście również remake, pierwszy był czarno-biały dreszczowiec z 1956 roku. I teraz pytanie za sto punktów: kto zagrał w nim jedną z głównych ról? Niespodzianka: Leslie Nielsen!

Dziś nie sposób uwierzyć, że przez długi czas ten artysta odnosił sukcesy jako aktor dramatyczny. Dopiero gdy zagrał w "Czy leci z nami pilot?" i w "Nagiej broni", Hollywood dostrzegło jego talent do rozśmieszania widzów. Sam Leslie do końca życia nie mógł się nadziwić tej przemianie: "Aktor komediowy to ktoś, kto mówi śmieszne rzeczy. Komik to ktoś, kto mówi w śmieszny sposób. A ja mówię nieśmieszne rzeczy w nieśmieszny sposób. Mimo to z jakiegoś powodu ludzie się z tego śmieją".

Być może więc i dla Liama Neesona otwiera się szansa na pokazanie się światu od mało znanej dotąd, dowcipnej strony. Tego mu serdecznie życzę, a jako że po wstępnych pokazach "Nagiej broni" pojawiają się już pozytywne opinie, jestem spokojna o jego sukces. Niezależnie od tego, czy wyjdzie dobrze, czy źle - na pewno będzie zabawnie!



[Yola Czaderska-Hayek]